środa, 25 maja 2016

"Smak szczęścia"

Cześć!

Kiedy przeglądnęłam tę książkę, od razu wiedziałam, że muszę ją mieć. Lubię Agnieszkę Maciąg za to, że od lat propaguje zdrową kuchnię.  "Smak szczęścia, czyli o dietach, pielęgnacji urody w zgodzie z naturą i szukaniu piękna w sobie" to ciekawy i pięknie ilustrowany poradnik o zdrowym odżywianiu, urodzie, wewnętrznej harmonii i jodze





Opis książki

Są na świecie kobiety, które potrafią zachwycić nas jednym uśmiechem i jednym spojrzeniem. Emanują ciepłem, mądrością, wrażliwością i dobrem, czymś nieuchwytnym, co wszystkich oczarowuje. Nazywamy je pięknymi, choć często nie jesteśmy w stanie opisać kształtu ich oczu czy ust. W przypadku takich kobiet zmarszczki i wymiary nie mają żadnego znaczenia.
Gdy żyjemy w harmonii i zgodzie same ze sobą, w naszych oczach pojawia się błysk, promieniejemy wewnętrznym ogniem, pasją i zachwytem nad życiem. Tego nie można kupić w perfumerii, zamknąć w słoiczku z kosmetykiem ani połknąć w postaci tabletki. To jest życie, które pulsuje wewnątrz nas i którym emanujemy. Nasze prawdziwe piękno.





Przeczytałam książkę z przyjemnością od początku do końca. Pierwszy rozdział poświęcony jest diecie i zdrowemu odżywianiu. Na temat odżywiania mam już swoje sprecyzowane poglądy, które wypracowałam metodą prób i błędów, dlatego nie szukam nowych rozwiązań. Nie zaszkodzi jednak dowiedzieć się co służy innym. Autorka stosuje dietę niełączenia, nie je w jednym posiłku białek (mięso, nabiał, ryby, strączki) z węglowodanami (ziemniaki, pieczywo, kasze, makarony, ryż). Namawia do rezygnacji z mięsa i jedzenia dużej ilości warzyw, co bardzo mi się podoba. Odradza diety cud i zaleca racjonalne odżywianie, a także samodzielne przygotowywanie posiłków. 

Książka podparta jest dużym doświadczeniem, co łatwo można zauważyć. Jest w niej kilka ciekawych i prostych przepisów na warzywne dania. Pani Agnieszka wspomina też o dobrej relacji ze swoim ciałem i emocjonalnym podejściu do jedzenia. Takie tematy bardzo mnie interesują. 



Nie jest to kolejna standardowa książka o odchudzaniu. Mimo, że znajdują się w niej porady pomagające schudnąć, jest w niej dużo ciepła i mądrości, które ma w sobie autorka. Rozdział poświęcony wewnętrznej harmonii mówi o radzeniu sobie ze stresem, prawidłowym oddychaniu, medytacji. Jest kilka sprawdzonych na sobie porad, które warto wprowadzić w życie. Jeden rozdział poświęcony jest jodze, z którego osoby praktykujące, albo planujące zacząć znajdą ciekawe informacje. Ostatnie dwie części mówią o kontakcie z naturą i pięknie, między innymi o modzie i urządzaniu wnętrza, jest tam sporo trafnych uwag i pomysłów. 
Wszystkie rozdziały są pięknie zilustrowane. Samo przeglądanie książki jest dużą przyjemnością. 

Przeczytałam książką z zainteresowaniem i będę do niej wracać. Mam kilka zaznaczonych fragmentów, które szczególnie do mnie trafiły. Niewiele jest osób, które dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem w tak prosty i przystępny sposób. Wszystkie działania Pani Agnieszki są bardzo spójne, zawsze konsekwentnie promuje zdrowie, co bardzo cenię. Przyznaje się do swoich błędów i pokazuje co doprowadziło ją do obecnych wyborów. Książka powstała z potrzeby podzielnia się szczęściem. Napisała ją kobieta spełniona, pełna radości życia i oddana swojej pasji. Po lekturze polubiłam ją jeszcze bardziej i na pewno sięgnę po inne jej książki. 







Można znaleźć ją TUTAJ, kosztuje około 40 zł. Polecam jeśli szukacie zdrowych inspiracji i rzetelnej wiedzy. Nie jest to bezosobowy poradnik, który cokolwiek narzuca. Każda kobieta znajdzie ciekawe porady, które pomogą o siebie zadbać. To jedna z książek, którą zachowam w sercu i na półce. 



Znacie tą książkę? Spodobała się Wam?

Pozdrawiam,
Daria

poniedziałek, 23 maja 2016

Balsam Mineralny Yope

Cześć!

Mydła Yope kilka miesięcy temu podbiły serca wielu blogerek i nie tylko. Proste i ładne opakowania, przystępna cena i dobry skład czynią z nich kosmetyki idealne. Najbardziej lubię mydło werbenowe, używam go na zmianę z waniliowo cynamonowym. 
Niedawno marka Yope wypuściła na rynek balsamy do rąk, to jeden z podstawowych kosmetyków. Od razu wiedziałam, że musze go mieć:) 


Skład: Olea Europaea Fruit Oli, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Glycerin, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Cetearyl Glucoside, Sorbitan Olivate, Glyceryl Stearate, Isononyl Isononanoate, Phenoxyethanol, Cetearyl Alcohol, Argania Spinosa Oil, Camellia Japonica Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Parfum, Xanthan Gum, Ethylhexylglycerin, Lactic Acid, Lysine, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Salicylate, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Limonene, Linalool, Magnesium Chloride, Potasium Chloride, Aluminum Chloride, Zinc Chloride, Manganese Chloride, Sodium Chloride, Copper Sulfate, Gluconolactone, Phenethyl Alcohol, Capryl Glycol, Calcium Gluconate, Sodium Benzoate.



Zarówno mydła jak i balsamy marki Yope mają piękne opakowania. Etykiety utrzymane w pastelowych kolorach są stonowane, ale przyciągają uwagę, bardzo mi się podobają. Wygodne opakowanie z pompką daje łatwy dostęp do kosmetyku. Jest idealny do postawiania w łazience, albo na stole, przy okazji jest ładną ozdobą. Dzięki temu nie zapomnisz o nawilżeniu dłoni. Etykiety są wodoodporne, dzięki czemu opakowania pozostają w nienaruszonym stanie, nawet kiedy stoją pod prysznicem. 

Balsam mineralny jest prawie bez zapachu, ma delikatną świeżą nutę, ale jest bardzo neutralny. Zapach w tym balsamie pochodzi w 100% z naturalnego ekstraktu z minerałów. Jest lekki i szybko się wchłania, ale dobrze nawilża dłonie. Jest bardzo wydajny, opakowanie 500 ml używam już od ponad miesiąca i nie wykorzystałam nawet połowy, a stosuję go bardzo często. Krem do rąk zawsze muszę mieć pod ręką, ten z pompką jest idealny do domu. Na pewno skuszę się na wersję goździkową kiedy go wykończę. 

W balsamie wymieszano wiele cennych składników, jest w nim między innymi olej tsubaki, który dobrze nawilża skórę, olejek kokosowy, oliwa z oliwek, olej arganowy, masło shea. Witamina E dodatkowo nawilża i odżywia skórę dłoni. Znajdziesz w nim jedynie dobre składniki, to formuła: Bez parabenów, Bez parafiny, Bez pochodnych ropy naftowej, Bez silikonów, Bez PEG-ów.

Opakowanie 500 ml kosztuje od 39-45 zł. Zdecydowanie warto! 




Znacie mydła i balsamy Yope? Macie ulubione zapachy?


Pozdrawiam,
Daria


środa, 18 maja 2016

Mój pierwszy maraton w Krakowie

Cześć!

Stało się 15.05.2016 przebiegłam linię mety Cracovia Maraton. To dla mnie ogromne wydarzenie, któremu towarzyszyło podenerwowanie i podekscytowanie. 
Do Krakowa pojechałam już w piątek popołudniu, a w sobotę rano odebrałam pakiet startowy. Wybrałam maraton w Krakowie bo kocham to miasto, dobrze je znam i mam tam swoją ekipę. Dzięki temu czekałam na bieg w dobrym towarzystwie:) Nie stresowałam się tak bardzo, nie czułam presji, ale emocje były tak duże że wzruszyłam się już w tramwaju jadąc na start. 
Przed maratonem spałam jakieś 4 godziny, od 2 w nocy byłam już gotowa do biegu i nie zmrużyłam oka, na szczęście nie osłabiło mnie to. Przed biegiem zazwyczaj nic nie jem, teraz wypiłam trochę wody, a koleżanka zrobiła mi sok z kilku pomarańczy i grapefruita. 
Ubranie i buty miałam już przygotowane poprzedniego dnia. 



Wystartowałam kilka minut po 9 i pilnowałam żeby biec wolno, momentami przyspieszałam, ale cały czas wiedziałam że lepiej wyhamować, żeby starczyło mi sił. Chciałam biec z prędkością około 6:00 min/km, wyszło idealnie bo taki właśnie miałam średni czas biegu:) 

Trasa biegu była cudowna. Krakowski Rynek, Grodzka, Wawel, bulwary nad Wisłą, Błonia, Aleje i tak dwa razy. Organizatorzy zadbali o atrakcje na trasie, było dużo muzyki na żywo, doping i kibice na całej trasie. Pierwsze 5 km, minęły mi jak 5 minut, po połowie trasy w ogóle nie czułam zmęczenia. Cieszyłam się trasą i piękną pogodą. Poza wiatrem wiejącym dużą część trasy w twarz, było idealnie. 

Obawiałam się 30 km, bo za nim była dla mnie ziemia nieznana. Okazało się, że nie było tak źle. Odcinek między 31-37 km był trochę nudny, ale nie czułam dużego kryzysu. Na 38 km poczułam spore napięcie w lewej łydce, ale na szczęście przeszło dość szybko. Miałam ochotę przejść do marszu, zwłaszcza, że było akurat pod górkę, ale nie zatrzymałam się. Cały czas biegłam, chyba tylko raz zwolniłam na kilka kroków, żeby napić się wody na około 40 km. Mimo, że na ostatnich kilku kilometrach coraz bardziej czułam, że nogi mają dość, miałam siłę cieszyć się nowym przeżyciem. Tłumy kibiców na ostatnich kilometrach dodatkowo nie pozwalały zwolnić. Na końcówce trasy biegłam z najlepszym na świecie pacemakerem, który głośno dopingował i żartował prawie do mety. 




Na trasie punkty z wodą, izotonikami, bananami, cukrem i czekoladą były co około 4-5 km. Za każdym razem piłam kilka łyków wody, nie brałam nic innego. W plecaku miałam 8 świeżych daktyli i 4 żele energetyczne marki Ale. Na około 7 km zjadłam 4 daktyle, kolejne jakoś przed 16 km. Potem postawiałam już na żele. Zjadałam 3, ale dwa nie do końca. Nie czekałam aż poczuję głód jadłam żele tuż przed punktami z wodą, żeby je popić, bo są okrutnie słodkie. Trzeba przyznać, że dają moc i są łatwo przyswajalne, po 30 km nie miałam już ochoty na daktyle. 

Na ostatnich 3 km zaczęła się walka ciała w mózgiem, wiele osób już szło, a ja chciałam utrzymać stałe tempo, skoro dawałam radę, a już tak niewiele zostało. Ciało miało ochotę zwolnić, ale myślałam, że już tylko kilkanaście minut i będę odpoczywać. Adrenalina była tak wielka, że na ostatnich 500 metrów dostałam skrzydeł i biegłam sprintem. Ciężko było mi się zatrzymać na mecie, a kiedy już stanęłam pomyślalam "czy to już naprawdę koniec?". W tych emocjach spokojnie miałabym siłę na kolejne kilometry.

Nie miałam zadyszki, po drodze nie było ściany, emocje mnie rozsadzały już od pierwszych metrów. Mam wrażenie, że przez cały bieg się uśmiechałam i tylko w kilku cięższych momentach zagryzałam zęby biegnąć pod górkę. To jedno z piękniejszych doświadczeń w życiu!

Rezultat 4:15:21 zapamiętam do końca życia. Czas nie był dla mnie tak istotny, ale wyszło bardzo dobrze. Nie padłam na mecie, oczywiście nogi bolały, ale do końca dnia normalnie funkcjonowałam. Po biegu z przyjaciółmi i poszliśmy świętować. Zjadłam makaron z suszonymi pomidorami i szpinakiem, a na wynos wzięłam pyszne wegańskie ciasta dla wszystkich. 



Euforia biegacza działa i mam ochotę na więcej, już kolejnego dnia po biegu obudziłam się z myślą "chcę jeszcze raz!". Jeśli się zdecyduję pobiegnę maraton 11 września we Wrocławiu. To uzależnia! Póki co startuję w półmaratonie nocnym 18 czerwca we Wrocławiu. A do Krakowa wrócę za rok! 

Nie mam pęcherzy, otarć, stopom nic nie dolega. Grunt to dobrze dobrane buty, w większym rozmiarze i rozbiegane wcześniej. Teraz kilka dni regeneracji przy dobrym jedzeniu i zacznę znowu biegać. 




„RUNNING IS 90% MENTAL, THE REST IS PHYSICAL”
Macie pytania? Odpowiem na wszystkie, mogę napisać więcej o przygotowaniach, mojej motywacji i innych przemyśleniach. Starałam się napisać wszystko, ale mogło mi coś umknąć. 
Dziękuję za wsparcie i mnóstwo dopingujących komentarzy na instagramie!


Pozdrawiam,
Daria